Pani Zima, Pani Zamieć, Dwie Dorotki

skrypty, bajki, scenariusze na życie.
Psychoanaliza skryptów Bruna Bettelheima i analiza skryptów Erica Berne'a

Pani Zima, Pani Zamieć, Dwie Dorotki

Postautor: Gosia Zamorska » 2009-02-14, 20:24

Jakub i Wilhelm Grimm „Pani Zima"
W niektórych tłumaczeniach "Pani Zamieć"
Jest też polska wersja tej baśni "Dwie Dorotki" Janiny Porazińskiej

Pewna wdowa miała dwie córki, z których jedna była ładna i pracowita, druga zaś brzydka i leniwa. Matka więcej jednak kochała brzydką i leniwą dziewczynkę, gdyż była to jej rodzona córka, zaradna i pracowita pasierbica wykonywała najcięższą robotę.

Biedna dziewczyna co dzień musiała siadać przy studni i prząść, aż krew ciekła jej z palców. Razu pewnego zdarzyło się, że zakrwawiło się i wrzeciono. Dziewczyna nachyliła się nad studnią, aby je obmyć, ale wrzeciono wymknęło się jej z ręki i wpadło do wody.

Z płaczem pobiegła dziewczyna do macochy i powiedziała jej, co się stało. Ale zła macocha wyłajała ją ostro i rzekła:
- Jeśli wrzuciłaś wrzeciono do studni, to musisz je także stamtąd wydobyć!

Wróciła więc dziewczyna do studni i nie wiedziała, co począć. W obawie przed gniewem macochy wskoczyła do studni, aby wydobyć wrzeciono. W tej chwili straciła przytomność, a gdy się obudziła, znajdowała się na pięknej łące, oświetlonej blaskiem słonecznym i usianej tysiącami kwiatów.

Poszła dziewczyna łąką przed siebie, aż doszła do wielkiego pieca, pełnego chleba.
A rumiane bochenki wołały: - Ach, wyjmij nas. ach, wyjmij nas, bo się spalimy; dawno już jesteśmy upieczone! Dziewczyna zbliżyła się, wzięła łopatę leżącą opodal i wyjęła wszystkie bochenki.

Szła dalej i doszła do jabłoni okrytej tysiącami dojrzałych jabłek, które wołały: - Ach, strząśnij nas, ach, strząśnij nas, dawno już jesteśmy dojrzałe! Dziewczyna potrząsnęła drzewem, a wszystkie jabłka pospadały niby deszcz. Potem złożyła je na jedno miejsce i poszła dalej.

Wreszcie doszła do małego domku, z którego wyglądała stara kobieta o wielkich zębach. Dziewczynka przelękła się bardzo i chciała uciekać. ale staruszka rzekła:
- Czego się boisz, drogie dziecię? Zostań u mnie! Jeśli starannie wykonywać będziesz wszelką robotę, niczego ci nie zabraknie. Musisz tylko uważać ścieląc moje łóżko, abyś dobrze trzepała pościel, bo gdy pierze z niej leci, śnieg pada na ziemię. Jestem pani Zamieć.

Ponieważ staruszka przemawiała łagodnie, dziewczynka nabrała odwagi i przyjęła u niej służbę. Wszelką pracę spełniała ku jej zadowoleniu i starannie trzepała pościel, aż pierze leciało jak płatki śniegu. Za to miała też u niej miłe życie, nigdy nie usłyszała złego słowa, a co dzień dostawała pieczyste i leguminę. Po pewnym czasie ogarnął dziewczynkę smutek. Początkowo nie wiedziała sama, czego jej brak, ale potem zrozumiała, że trapi ją tęsknota za domem rodzinnym.

Chociaż było jej tu tysiąc razy lepiej niż u macochy, tęskniła jednak za domem. Wreszcie rzekła do pani Zamieci:
- Tęskno mi za domem, a choć dobrze jest na dole, nie mogę jednak dłużej tu zostać, muszę wrócić na górę, do domu.
- Bardzo to pięknie - rzekła pani Zamieć - że tęsknisz za domem. A że służyłaś mi pilnie, sama cię odprowadzę. Wzięła dziewczynkę za rękę i powiodła ją pod wysokie wrota. Kiedy je otwarto, spadł na dziewczynę złoty deszcz i tak przylgnął do niej, że cała była pokryta złotem.
- Oto nagroda za twoją pilność - rzekła pani Zamieć i oddała jej także wrzeciono, które jej wpadło do studni.

Potem wrota zawarły się, a dziewczynka znalazła się na łące, w pobliżu domu swej macochy. A gdy wchodziła na podwórze, kogut, siedzący na płocie, zapiał:
- Kukurykuuu! Nasza złota panienka znów jest tu! Dziewczynka weszła do domu, a że cała okryta była złotem, macocha i siostra przyjęły ją dobrze.

Opowiedziała im wszystko, co ją spotkało, a gdy macocha usłyszała o tym, chciała i swoją leniwą córkę posłać do pani Zamieci, aby również zdobyła takie bogactwo. Kazała jej więc usiąść przy studni i prząść.

Brzydka córka ukłuła się w palec, wrzuciła zakrwawione wrzeciono do studni i sama skoczyła za nim. Podobnie jak i siostra znalazła się na pięknej łące i poszła tą samą drogą. Gdy doszła do pieca, bochenki zawołały: - Ach, wyjmij nas, ach, wyjmij nas, jesteśmy już upieczone! Ale leniwa dziewczyna odparła: - Ani mi się śni brudzić rąk! - I poszła dalej.

Gdy przybyła do jabłoni, jabłka zawołały: - Ach, strząśnij nas, ach, strząśnij nas, jesteśmy już dojrzałe! Ale dziewczyna odparła: - Ani mi się śni, mogłoby mi któreś spaść na głowę! I poszła dalej.

Gdy przybyła przed dom pani Zamieci, nie przestraszyła się wcale, bo słyszała już o jej zębach, i wnet zgodziła się do niej na służbę. Pierwszego dnia wysilała się, była pilna i grzeczna, gdyż myślała o spodziewanej nagrodzie. Ale już następnego dnia poczęła zaniedbywać pracę, a na trzeci dzień wcale nie chciała wstać rano. Nie zaścieliła też łóżka pani Zamieci i nie wytrzepała poduszek. Toteż wkrótce pani Zamieć wymówiła jej służbę.

Leniwa dziewczyna rada była z tego i sądziła, że i na nią spadnie złoty deszcz. Pani Zamieć powiodła i ją pod wysokie wrota, ale zamiast złota spadł na nią deszcz smoły.
- Oto nagroda za twe lenistwo! - rzekła pani Zamieć i zamknęła wrota.

Wróciła więc leniwa dziewczyna do domu, oblana cała smołą, a kogut, siedzący na płocie, zapiał:
- Kukurykuuu! Nasza brudna panienka znów jest tu! Smoła zaś tak się do niej przylepiła, że przez całe życie nie mogła jej zmyć.
Ostatnio edytowano 2011-10-12, 10:42 przez Gosia Zamorska, łącznie edytowano 3 razy
Gosia Zamorska
 
Posty: 63
Rejestracja: 2008-11-21, 19:06
Lokalizacja: Gdańsk

Postautor: Gosia Zamorska » 2009-02-14, 20:30

PS. Ulubiona bajka mojej mamy.
Moja ulubiona bajka to Królowa Śniegu.
Gosia Zamorska
 
Posty: 63
Rejestracja: 2008-11-21, 19:06
Lokalizacja: Gdańsk

interpretacja

Postautor: Sławomir » 2009-02-18, 12:36

Aby poznać jak systemowo analizuje się skrypty kliknij: Praktyka pracy ze skryptami
-------------------------------------------------------------

Bajka jest typowym przykładem idealistycznego wyobrażenia dziecka, że za cierpienie, ciężki los, przyjdzie kiedyś nagroda (podobnie jak w Kopciuszku, gdzie wróżka jest synonimem nieznanej matki). Że na szczęście trzeba sobie zasłużyć.

Bohaterka jest pasierbicą odciętą od matki i ojca. Szczęście dla niej ma wymiar materialny (złoto). Nie ma mowy o mężu, dzieciach, rodzinie i szczęśliwym życiu.

Doskonale komponuje się to ze skryptem córki, która widzi zimną matkę jako Królową Śniegu.
Ostatnio edytowano 2011-10-10, 12:02 przez Sławomir, łącznie edytowano 1 raz
Sławomir
 
Posty: 791
Rejestracja: 2008-07-01, 18:02
Lokalizacja: Poznań

Postautor: Gosia Zamorska » 2009-02-22, 16:47

No właśnie.
Tylko kim jest Pani Zamieć? Ja ją widzę jako śmierć.
Gosia Zamorska
 
Posty: 63
Rejestracja: 2008-11-21, 19:06
Lokalizacja: Gdańsk

kim jest zamieć?

Postautor: Sławomir » 2009-02-26, 14:08

Gosia Zamorska pisze:Tylko kim jest Pani Zamieć? Ja ją widzę jako śmierć.


Umysł dziecka podpowiada dowolne wizualizacje kogoś - matki - której się nie zna.
Ja nie widzę w "Zamieci" śmierci, może to być inna postać wróżki, czarodziejki, jak w "Kopciuszku".
Sławomir
 
Posty: 791
Rejestracja: 2008-07-01, 18:02
Lokalizacja: Poznań

Postautor: Gosia Zamorska » 2009-02-27, 15:43

Chodziło mi raczej o to, że ktoś, kto identyfikuje się z dziewczynką z bajki, w swoim życiu idzie ku śmierci.
Gosia Zamorska
 
Posty: 63
Rejestracja: 2008-11-21, 19:06
Lokalizacja: Gdańsk

analiza Jakoba Schneidera

Postautor: Sławomir » 2010-05-04, 17:16

Pani Zima
Pewna wdowa miała dwie córki, jedna jest ładna i pracowita, druga zaś leniwa i brzydka. Matka jednak kocha bardziej brzydką i leniwą, ponieważ ona jest jej „rodzoną" córką. Tak zaczyna się ta historia. Piękna i pracowita córka zostaje odrzucona z powodu niemożliwego do rozwiązania zadania i staje się przy tym „złotą panienką", cała jest okryta złotem. Brzydka i leniwa córka chce też osiągnąć złoto i szczęście i pójść drogę złotej panienki. Ale staje się przy tym „osmoloną panienką", cała jest oblana smołą.

Gdy ktoś wymienia tę historię jako swoją ulubioną baśń, można po prostu zapytać, jaka kobieta w rodzinie miała wielkiego pecha. Ponieważ ta historia jest najczęściej umiejscowiona w życiu po stronie nieszczęścia lub tam, gdzie stało się coś niedobrego.

Jednak Pani Zima odnosi się w realnym życiu najczęściej dużo precyzyjniej. Trzeba patrzeć na córkę, która nie jest „rodzona". Istnieje bowiem dziecko, które ojciec wniósł z wcześniejszego związku i którego druga kobieta chce się pozbyć. W obliczu tego losu swej siostry faworyzowane dziecko nie ma śmiałości wziąć swego szczęścia. Staje się pechowcem. Odczarowujące rozwiązanie polegałoby na tym, że obie siostry ręka w rękę żyją swoim życiem, poza złotem i smołą.


Jakob Robert Schneider / Brigitte Gross, Ach jak dobrze, że to wiem. Baśnie i inne opowieści w terapii systemowo-fenomenologicznej.
© by Jakob Robert Schneider 2000 – tłumaczenie Zenon Mazurczak
Sławomir
 
Posty: 791
Rejestracja: 2008-07-01, 18:02
Lokalizacja: Poznań

Dwie Dorotki

Postautor: Sławomir » 2011-10-12, 10:39

Jest jeszcze inna bajka o praktycznie tej samej treści i dynamice. Podtytuł "baśń wielkopolska" (zabór pruski) pozwala domyślić się, że archetyp został wzięty z tego samego podania ludowego, z którego spisali go baśni bracia Grimm.

Janina Porazińska
"DWIE DOROTKI"

BAŚŃ WIELKOPOLSKA

Daleko stąd, daleko... za górą wysoką, za rzeką szeroką była wioska, a w tej wiosce biała chata, a w tej chacie mieszkał kmieć Pazurek z żoną Pazurkową.
I były w chacie dwie Dorotki.
Jedna była córką starego, druga córką starej; z pierwszej żony, z pierwszego męża.
Mówi raz stara do starego:
— I moja Dorota, i twoja Dorota. Żeby nam się nie myliło, będziemy wołali na twoją „sierota", a na moją „córeczka".
Markotno się staremu zrobiło, ale że żona była kłótliwa, hałaśnica, to dla świętego spokoju powiada:
— Niechże będzie i tak.
No i tak zostało.

Pazurek dobry był dla córeczki, ale Pazurkową nie była dobra dla sieroty.
Co najcięższą robotę na pasierbicę spycha i jeszcze dogaduje:
— A pośpieszaj, niecnoto, uwiń mi się z robotą.
Do swej córeczki zasię mówi:
— Spocznij sobie, poleź sobie, ja za ciebie wszystko zrobię.
I tak z jednej Doroty rośnie pracowitka, z drugiej Doroty rośnie leń. Jedna wszystko zrobić potrafi i robi ochotnie, drugiej wszystko i za ciężko, i za niemiło.

A tej sierotce o każdej chwili nie schodzi z myśli jej matusia, jej rodzona.
Plewi w polu len... a ten len teraz kwitnie niebieściutko, jakby kawałek zaobłocznego nieba spłynął z góry i od miedzy do miedzy smugą się położył... tak sierota, co spojrzy na ten len kwitnący, to sobie myśli:
„Musi matusia takie bławe oczy mieli".
Żnie w polu sierpem dojrzałą pszenicę, to myśli sobie:
„Złociste-ci to pole, złociste, jakby je szczerymi dukatami nabił. Musi matusia takie włosy, taką złotą główeńkę mieli".
I te myśli o zmarłej matce ku dobremu sierotkę kierują.

Ujrzy starą babkę, jak chrust w płachcie z lasu dźwiga, a pod ciężarem przygina się, to myśli sobie:
„Jakby to matusia widzieli, toby pewnikiem tej babce pomogli. To i ja jej pomogę!"
Widzi, że dziecko siedzi na środku gościńca i w piasku się babrze, a tu stado krów idzie z pastwiska — to sobie myśli:
„Jakby matusia to widzieli, toby przecie dziecko złapali i sąsiadce odnieśli, bo je tu krowy mogą pobóść! To i ja tego babraka sąsiadce odniosę".
I tak, komu może, przysługę wyświadcza, do każdego się uśmiechnie, dla każdego ma dobre słowo.
Toteż wszystkim sierotka jest miła, cała wieś ją chwali.

A córeczka Pazurkowej na każdego wilkiem patrzy, każdemu niechętliwie odpowiada. To i nikt jej nie lubi.
Nastała zima. Spadły wielkie śniegi, przyszły lute mrozy, przyszły srogie dujawice. Stanęły rzeki, zamarzły jeziora. Świat stał się biały, uciszony, w słońcu iskrzący, o księżycu martwy i bezlitosny.
W taki to wieczór księżycowy mówi macocha do sierotki:
— Weźże wiadra i nanoś ze studni wody do stągwi. A zwijaj się, bo już trza chałupę zawrzeć i iść spać.

Wybiega sierotka na dwór, a tu mróz, a tu ślizgawica, że ledwie do studni doszła. Ciągnie wiadro z wodą, a ręce tak jej grabieją, że wcale drąga w garści utrzymać nie może.
Nachyla się, aby uchwycić za wiadro, a tu drewniaki jej się po lodzie obsunęły, a że cembrowina była niska, zważyła się dziewczyna ku głębi i w studnię wpadła!
Świecie najmilszy!
Aby tylko chodaki po niej przy studni zostały!

Leci, leci w głąb, a w głowie ma taki szum, że ani pojmuje, co się z nią dzieje.
I dopiero gdy o dno prasła — ocknęła się.
Spojrzała i widzi — jako że księżyc prosto nad studnią wisiał — przed nią drzwi wielkie jak wierzeje przy stodole.
Uchwyciła za skobel, pociągnęła... drzwi się otwarły.
I sierotka przez próg przeszła.

Hej!... Dziwy nad dziwami! Ani tu zimy, ani tu śniegu. Słońce świeci i grzeje, łąki kwitną, ptaki śpiewają.
Weszła na ścieżkę i idzie nią, idzie, a nacudować dość się nie może, jaki tu piękny świat dokoła! Takie zapachy, takie kolory, takie w powietrzu muzyki — że słowo tego nie opowie, pióro tego nie opisze.

Doszła do rozstajów, a tu widzi — grusza stoi, a na niej tyle gruszek, ile gwiazdek na niebie! Ani ich drzewina udźwignąć nie może. Gałęzie zwisły do samej ziemi, pie-niuszek się pochylił. I tak się grusza skarży:
Dołóż moja, ciężka dolo,
gałązeczki-ręce bolą.
Bujne wichry nie latają,
gruszek ze mnie nie strząsają.
Gałązeczki-ręce bolą.
Doloż moja, ciężka dolo!

Skoczyła chyżo Dorotka, zaczęła gruszki obrywać. Rwie, rwie i na trawę składa, wielką ich górę uskładała, drzewinie ulżyła.
Podniosły się gałązki w górę. Leciutko im, wesoło im.
I grusza ludzkim głosem znów mówi:
— Ulżyłaś mi, dobra dziewczynko... ulżyłaś mi. Znów mogę gałązkami kołysać, znów mogę radować się i wesołym szumem szumieć. Nabierz sobie mych gruszek na drogę.
Wzięła Dorotka trzy gruszki do fartuszka i poszła dalej.

Doszła do drugich rozstajów. Patrzy, a tu stoi chlebowy piec i tak ludzkim głosem labidzi:
Ile kropel płynie rzeką,
tyle dni się chleby pieką.
Kto zlituje się, zlituje,
chleby ze mnie powyjmuje...

Skoczyła sierotka, piec otworzyła, wszystkie bochenki wygarnęła.
A piec znów ludzkim głosem mówi:
— Dobra dziewczynko, niechaj ci się wszystko w życiu szczęści za to, żeś moje chleby uratowała. A to spaliłyby się na węgiel. Zabierz ich sobie, ile chcesz, na drogę.
Wzięła Dorotka bochenek chleba do fartuszka i poszła dalej.
I nadziwić się nie może, że choć gruszki je, choć chleb łamie — zawsze w fartuszku leżą trzy gruszki i zawsze cały bochenek.
A leciutkie to... ani czuje, że coś niesie.

Idzie, idzie dalej, aż zaszła do jakiejś chaty. Na progu chaty stoi baba o wielkich zębach i tak pyta:
— Dziewczynko, a dokąd wędrujesz?
— A donikąd. Tak se idę i idę i po pięknym świecie popatruję.
— To może byś do mnie na służbę przyszła?
— Przy szłabym, ale nie wiem, dam to radę waszej robocie?
— E, dasz radę, dasz, bo u mnie wielkiej pracy nie ma. Sprzątniesz mi izbę, zaścielesz łóżko i ugotujesz strawę dla moich domowników. A tych domowników to aby dwóch: kotek i piesek.
Roześmiała się sierotka i mówi:
— A toż to przecie żadna robota!
— No, to u mnie ostań. Jak przesłużysz rok, to cię nagrodzę wedle miary i sprawiedliwości. I wrócisz sobie do domu.

Weszła sierotka do izby. Czterem kątom się pokłoniła, kotka, pieska pogłaskała i na służbie została.
Co dzień baba o wielkich zębach od rana idzie w świat i nie wraca aż o zachodzie słońca.
Co dzień sierotka izbę wysprząta, że się od czystości aż świeci w każdym kątku. Poduchy i pierzyny wietrzy na płocie, a potem tak je strząsa, tak klepie, tak stroszy, że te poduchy i pierzyny pęcznieją, aż się zrobią jak banie.

To jak je zacznie na łóżku układać jedne na drugich, to ułoży aż pod samą powałę. Aż musi drabinę do łóżka przystawiać, bo inaczej baba o wielkich zębach na łóżko by nie wlazła.
I jedzenie gotuje. Jagły na mleku — przódzi kotkowi całą miseczkę, potem sama poje. Kluski z omastą — przódzi pieskowi całą miskę, potem sama poje.
Wraca wieczorem baba o wielkich zębach, a tu w izbie czyściutko jak na gody. Pierzyny poukładane aż pod powałę, kotek na piecu mruczy, piesek pod piecem aż sapie, taki najedzony.
— Widzę, dziewuszko, jak gospodarujesz.
Ano, minął rok. Ani jednego dnia sierotka nie zaniedbała się, co dzień w izbie jak przed świętem. Kotek i piesek upasione, sierstka na nich gładka, błyszcząca, oczy wesołe.
Baba o wielkich zębach woła swych domowników i pyta:
— Kotku, piesku, jaką skrzyneczkę dać dziewczynce za pracę? Czarną czy zieloną?
„Haw! haw! zieloną!" — szczeknął piesek.
„Miau! miau! zieloną!" — miauknął kotek.
Baba o wielkich zębach wyniosła zieloną skrzynkę, pożegnały się. Znów sierotka czterem kątom pokłoniła się, kotka, pieska pogłaskała i na drogę wyszła.
Baba o wielkich zębach za nią i po plecach ją głasnęła.
I tu nagle, co za odmiana!

Już na sierotce nie licha spódniczyna, nie wyłatany kaftanik, ale strój paradny, szumny, że cud!
Spódniczka suta w kwiaty, gorsecik aksamitny, koszula cieniutka, haftowana, na głowie jedwabna chusteczka, a buciki węgierskie czerwone i sznurowane!
Aniście na obrazku takiej pięknej lali nie widzieli.
Oj uradowała się sierotka, uradowała!

Podziękowała gospodyni, zieloną skrzyneczkę chwyciła i w drogę! Ale nie uszła ani dziesięciu kroków, jak coś dokoła zahuczało, zaszumiało, wielką wichrzycą powiało, dziewczyną trzy razy obróciło i oto widzi sierotka... Stoi na swym podwórku koło studni, a przed chatą ojciec i macocha, i córeczka przyglądają się, cudują się i rozeznać nie mogą, czy to ona, czy nie ona — ta ustrojona panna.

Dopiero ku nim podskoczyła, obcaskami zastukała, wszystkich grzecznie przywitała.
A potem do samego wieczora opowiadała, gdzie to była, co widziała, jaką służbę miała, co za służbę dostała.
Otworzyli zieloną skrzynkę, a tam bogactwa niezliczone, śliczności nie widziane: korale, bursztyny, pierścienie diamentowe, wstążki szczerozłotą nicią haftowane!
Rety, reteczki!

Poszli spać, ale nikt zasnąć nie może.
Stary nie śpi, bo myśli, jakiego by tu męża dla takiej pięknej, takiej bogatej córki znaleźć.
Stara nie śpi, bo myśli, jak by tu takież śliczności i dla swojej córeczki zdobyć.
Córeczka nie śpi, bo ją zazdrość aż po łóżku rzuca; czemu to nie moje! nie moje!
A sierotka nie śpi, bo myśli, co z tym bogactwem zrobi. Ojczaszkowi kupi ciepły kożuch na zimę i buty z cholewami.
I co jeszcze za te skarby? Coś by trzeba takiego, żeby stare babusie nie pracowały nad siły... żeby dzieci nie babrały się po drogach w kurzu... Ale jak by to... jak by to?...
Nad ranem dopiero wszyscy zasnęli.

Minęło kilka dni, aż stara mówi do swojej córeczki:
— Musisz i ty w studnię wskoczyć, do baby o wielkich zębach iść na służbę.
— Kiej się boję, mamo.
— Czego się, głupia, boisz? Jeszcze większą skrzynię z bogactwami przyniesiesz!
Poszły do studni. Stara córeczkę popchnęła. Dorotka w wodę wpadła, o dno prasnęła i wielkie drzwi przed sobą ujrzała. Pociągnęła za skobel, próg przestąpiła.

I wszystko akuratnie tak było, jak i wprzód. Idzie córeczka dróżką, a tu wiosna dokoła, słońce świeci, łąki kwitną, ptaki śpiewają.
Doszła do rozstajów, gruszę ujrzała. Na drzewinie gruszek, ile gwiazdek na niebie. Gałęzie zwisły do samej ziemi, pieniuszek się pochylił. I tak się grusza skarży:
Dołóż moja, ciężka dolo,
galązeczki-ręce bolą.
Bujne wichry nie latają,
gruszek ze mnie nie strząsają.
Gałązeczki-ręce bolą.
Doloż moja, ciężka dolo!

Ale córeczkę wcale to nie obeszło.
— A niech se tam! — wzruszyła ramionami. Zerwała kilka gruszek do fartuszka i poszła dalej.
Idzie, idzie... doszła do drugich rozstajów. Patrzy, a tu stoi chlebowy piec i tak ludzkim głosem labidzi:
Ile kropel płynie rzeką,
tyle dni się chleby pieką.
Kto zlituje się, zlituje,
chleby ze mnie powyjmuje...

Ale córeczkę wcale to nie obeszło.
— A niech se tam! — wzruszyła ramionami. Otworzyła piec, wybrała sobie najpiękniejszy bochen, resztę w piecu zostawiła i poszła dalej.
Idzie, idzie... ale jej strasznie ten bochen cięży.
— Siądę se, odpocznę i pojem trochę.

Usiadła w cieniu, do chleba... a tu widzi, chleb w szczery kamień się zamienił! Do
gruszek, a tu widzi... gruszki w pecynki gliny się zamieniły! Jakże to jeść!
Wszystko musiała wyrzucić. Podniosła się i poszła dalej... a zła, a głodna!
Ale wreszcie doszła do chaty.
Przed chatą stoi baba o wielkich zębach i pyta:
— Dziewczynko, dokąd wędrujesz?
— Tak se idę, służby szukam.
— To może do mnie się zgodzisz?
— Przecie, że się zgodzę — mówi córeczka, bo tę skrzynkę z bogactwami ma myśli.
— Robota u mnie niewielka. Izbę sprzątniesz, łóżko zaścielesz, pieska i kotka m karmisz. A jak przesłużysz rok, nagrodzę cię wedle miary i sprawiedliwości. I wrócisz sobie do domu.
Weszły do izby. Córeczka kotka ręką odsunęła, pieska nogą odepchnęła.
„Niedoczekanie wasze! Nie będę cudzej gadziny oprzątała" — pomyślała sobie.
I tylko rozgląda się, gdzie tu stoi ta skrzynia, którą za zasługi dostanie.

Baba o wielkich zębach poszła do roboty, a córeczka garnek kaszy sobie ugotowała najadła się sama, kotkowi i pieskowi nic nie dała, na głodno ich z izby wypędziła i po szła spać.
Wraca wieczorem baba o wielkich zębach, a tu w izbie nic nie zrobione. Łóżko nie zasłane, podłoga nie umieciona, brudny garnek po kaszy na środku izby się wala, kotki ani pieska nie ma, a dziewczyna w ogródku pod jabłonką sobie śpi.
— Widzę, dziewuszko, jak się sprawujesz...
I tak szedł dzień za dniem, tydzień za tygodniem, miesiąc za miesiącem. Córeczka tylko o sobie myśli. W izbie śmieci!... aż szura pod nogami. Poduszki i pierzyny zbrukane, a piesek z kotkiem wychudły, zjeżyły się, ogonki im wyłysiały, oczka im sparszywiały. Żywią się same, jak mogą, to w polu, to w lesie.

Ano miną rok.
Baba o wielkich zębach woła swych domowników i pyta:
— Kotku, piesku, jaką skrzyneczkę dać dziewczynie za służbę? Czy zieloną, czy czarną?
„Haw! haw! czarną!" — szczeknął piesek.
,,Miau! miau! czarną!" — miauknął kotek.
Baba o wielkich zębach wyniosła czarną skrzynkę, pożegnały się. Córeczka dobrego słowa ani kotkowi, ani pieskowi nie powiedziała, wzięła skrzynkę i wyszła na drogę.
Baba o wielkich zębach za nią i po plecach ją głasnęła.
Aż tu nagle co się nie stało!
Po córeczce od góry do dołu jakasi maź się rozlała... Smoła, nie smoła?

Dziewczyna skrzynkę chwyciła i w drogę! Ale nie uszła ani dziesięciu kroków, jak coś dokoła zahuczało, zaszumiało, wielką wichrzycą powiało, dziewczyną trzy razy obróciło i oto widzi córeczka... Stoi na swym podwórku koło studni, a przed chatą ojczym, matka i sierotka.
Matka w ręce klasnęła, wielkim głosem krzyknęła:
— A gdzieżeś, córeczko, tak się zwalała, gdzieżeś paradny strój podziała?!
Chwyciły skrzynkę! Jakie tam bogactwa?! Otwierają!... A ze skrzynki smyrgu-smyrgu... żaby, ropuchy, węże, jaszczurki... Rozlazło się to po podwórzu, po krzakach pochowało.
— Takieś to wiano przyniosła!
*
Za górą wysoką, za rzeką szeroką wioska, a w tej wiosce biała chata, a w tej chacie muzyczkowie grają, druhenki śpiewają, starościny w ręce klaszczą...
Jakież tam gody? Wesele sierotki z kowalczykiem!
A macocha z córeczką patrzeć na to nie chciały, w świat poszły i kędyś w wielkim świecie przepadły.
Baśniczka miła czy niemiła —
już się skończyła.
Ostatnio edytowano 2011-10-12, 10:47 przez Sławomir, łącznie edytowano 2 razy
Sławomir
 
Posty: 791
Rejestracja: 2008-07-01, 18:02
Lokalizacja: Poznań


Wróć do Systemowa analiza skryptów

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 0 gości

cron