 |
|
|
akceptacja klienta. |
| Autor |
Wiadomość |
Karol Minta
Svarupa
Posty: 14 Skąd: Madryt
|
Wysłany: 2010-04-01, 01:08
|
|
|
Jako konstelador utożsamiam się z zapaloną świecą. Klient pojawił się bo napotkał problem na swojej drodze życia z którym sam sobie nie radzi.
W ustawieniu może zobaczyć i zrozumieć o co chodzi. W następstwie albo podjąć się trudu uzdrowienia sytucji,
w którą jest uwikłanych zwykle wiecej osób, albo wybrać uwolnienie tylko siebie.
Zarówno jeden jak i drugi kierunek działania ma poważne następstwa, więc czekam cierpliwie
i z szacunkiem dla wolnej woli klienta ,aż podejmie decyzję.Zdaża,że się wycofuje z podjecia
działania w tym momencie ponieważ potrzebuje więcej czasu.
Zdaża się również, że pozornie nic nie robiąc, sam stał się zapaloną świecą i odszedł. |
|
|
|
 |
Ania11
Posty: 151
|
Wysłany: 2010-04-29, 19:27
|
|
|
Do kogo należy ostatnie słowo?
W moim życiu - do mnie!
Do Karola:
"Zdarza się również, że pozornie nic nie robiąc, sam stał się zapaloną świecą i odszedł." Dziękuję. |
|
|
|
 |
Ania11
Posty: 151
|
Wysłany: 2010-04-29, 23:46
|
|
|
Te słowa "Zabieram kontrolę" wciąż mnie prześladują.
Po prostu nie wierzę, że ktokolwiek może mi zabrać kontrolę nad moją postawą wobec czegokolwiek.
Dla mnie to takie zwyczajne: przychodzę, przedstawiam problem, pozwalam ustawiającemu wyrazić jego propozycję rozwiązania problemu, (nawet zamykam usta i jak najuważniej słucham), zapoznaję się z nią, kiedy mi odpowiada korzystam z niej, w przeciwnym razie- nie. Gdzie tu jest miejsce na zabieranie czegoś, co tu jest do zabrania?
To było na poziomie faktów. A teraz na poziomie emocji (muszę się wyżalić): przychodziłam obolała, ze strachem czy zechcą mnie w ogóle wysłuchać (jakieś "ale" tyle razy się znalazło - za wcześnie, za późno, może miałam zbyt opuchnięte od wycia oczy?), formułowanie problemu - też problem - czy już dobrze nazwałam czy jeszcze zbyt nieudolnie...
Moje telepatyczne wołanie: Proszę! Pomóż mi znaleźć rozwiązanie! Nie potrafię sama! Tu chodzi o moje życie! - to już chyba nawet Ufoludki odebrały, tak się darłam, a ci ustawiający ciągle się upewniają czy na pewno chcę... Głośno się oczywiście nie wydrę, pomyślą: niezrównoważona jakaś przylazła i ustawień wcale nie zrobią...
A jak już "znajdą" rozwiązanie, broń Boże tylko się nie przyznawać, że czuję się z nim źle... albo się obrażą, albo mi dadzą do zrozumienia, jaka to niedobra jestem, że nie przyjmuję...
Wciąż się zastanawiam, czy ja tam w ogóle mam czego szukać jeszcze?
Wracając do konkretów: jeśli któryś z moich licznych ustawiających miał potrzebę myśleć, że musi mi zabrać kontrolę, żeby poprowadzić moje ustawienia - to dobrze, nie będę go pozbawiać złudzeń, że to jest możliwe. Niech działa skutecznie.
Ale ja tak nie będę myśleć o sobie, bo mam odruch wrodzony: z zasady nie pozwalam sobie niczego zabierać. A zwłaszcza nie kontroli nad moimi sprawami. |
|
|
|
 |
Ania11
Posty: 151
|
Wysłany: 2010-04-30, 00:38
|
|
|
Czy na ustawieniach jest miejsce na autentyzm, na szczerość?
Co jest ważniejsze: co naprawdę w danej sytuacji czuję, czy co czuć należy?
Może lepiej okazywać hołd dogmatom. Inaczej będzie się złym. Bardzo złym.
Prawdy, która się pokazuje (aż mnie korci, żeby napisać Objawionej, ale już dobra, nie będę złośliwa) nie wolno odrzucić. Nie można się mylić, popełniać błędów.
A przecież nie robię błędów umyślnie, sobie, ustawiającemu czy światu na złość. Robię błędy, bo jestem tylko człowiekiem. Czemu ktoś czerpie satysfakcję z pokazywania mi ich, zamiast mi współczuć, że je popełniam?
Jest taka piosenka SDM:
Boże, pełen w niebie chwały,
a na krzyżu pomarniały!
Gdzieś się skrywał i gdzieś bywał,
żem Cię nigdy nie widywał?
Wiem, że w moich klęsk czeluści
moc mnie Twoja nie opuści.
Czy li razem trwamy dzielnie,
czy też każdy z nas oddzielnie.
Mów, co czynisz w tej godzinie,
kiedy dusza moja ginie?
Czy łzę ronisz potajemną,
czy też giniesz razem ze mną?
Wierzę, że mój Bóg - który jest, jeśli jest -
że On nie miałby satysfakcji, że mi pokazał mój błąd - ale że by mi współczuł, że nie doświadczam, nawet na skutek mojego własnego wyboru - dobra, którego On dla mnie pragnie.
Wierzę, że On by płakał i ginął razem ze mną - w tym małym fragmencie Jego wielkiej duszy, którym ja jestem.
Wierzę, że w ludziach, tych zwykłych i tych ustawiających - też jest taka wszechogarniająca życzliwość. Może kiedyś jej doświadczę. |
| |
|
|
|
 |
Ania11
Posty: 151
|
Wysłany: 2010-04-30, 02:02
|
|
|
Wzruszyło mnie to porównanie do zapalonej świecy.
Ostatnio coraz częściej mam wrażenie, że staję się taką zapaloną świecą dla samej siebie. W życiu, na ustawieniach. Nieśmiało i nie zawsze.
Kiedy mam coś zrobić, mam wrażenie, że ten kawałek ziemi przed moimi stopami jest wystarczająco dobrze oświetlony. Wiem, dokąd idę, wiem, gdzie chcę iść. Kiedy stawiam krok, czuję, że z tym mi wystarczająco dobrze, z tym pozostanę, nie potrzebuję nic zmieniać. To oczywiście bardzo subiektywne - ale czyje odczucia są na pewno miarodajne?
Co to dla mnie znaczy być dla siebie zapaloną świecą ?
Pamiętać o każdym dobru którego doświadczyłam od ludzi. Od innych Zapalonych Świec. Wielu było mi życzliwych. Niektórzy wiele pracy włożyli w dbanie o moje dobro. Czasem robili to, co w ich mocy i tak jak umieli, żebym chociaż jak najmniej cierpiała - głodu, biedy, złego traktowania. Niektórzy mnie rozpieszczali! Jednych znałam osobiście, inni dwa stulecia temu wymyślili np. powszechną i bezpłatną edukację, albo publiczne biblioteki. Pamiętam o nich. Pamiętam o tych, którzy dziś trzymają się takiego prawa i płacą ze swoich podatków składki na to.
Być zapaloną świecą to dla mnie znaczy uznać za wartość to, że inni ludzie o moim dobru myśleli (myślą) i pracowali (pracują) na nie.
Ta świadomość czyni moje życie wartym przeżycia go.
Być dla siebie zapaloną świecą to znaczy dla mnie kontynuować osobiście ich dzieło: szukać dla siebie dobra w codziennym życiu, dbać o nie, jak potrafię najlepiej. Dobrze się pościelić, by się dobrze wyspać, wyjść z domu wcześniej, żeby nie czuć dyskomfortu, że się znowu spóźniam (na przyjrzenie się kwiatkom po drodze też zostanie trochę czasu), wypożyczyć z biblioteki książkę, by nasycić się pełnymi aprobaty słowami jakiegoś terapeuty z innego miasta albo zza oceanu (to, że mieszka daleko, nie czyni go przecież mniej prawdziwym). Zrobić obiad bez względu na to, czy ktoś mnie krytykuje czy nie - w ostateczności nic nie jest tak ważne jak to, że ja potrzebuję jeść! (a że dziś z mrożonki to trudno, może jutro zrobię świeży?).
Tysiące codziennych drobiazgów i jedna świadomość - to, że w ogóle jestem - to coś dobrego.
Małym palcem nie muszę nawet kiwnąć - sam fakt, że jestem, to już coś dobrego. Oczywiście kiwam, bo lubię!
Tak, tak, tak! Chcę być zapaloną świecą!
Aha, jeszcze jedno: może można świecić razem... |
| |
|
|
|
 |
Ania11
Posty: 151
|
Wysłany: 2010-05-10, 00:19
|
|
|
Dopiero dzisiaj przeczytałam post informujący o śmierci dr Witta.
Jestem wstrząśnięta.
Planowałam Mu otwarcie napisać, że mnie denerwuje.
Nie zdążyłam.
Chciałam się jeszcze z Nim pokłócić w licznych kwestiach, bo z tych kłótni wyniosłam dużo dobrego. Pomogły mi uprzytomnić sobie, jakie ja naprawdę chcę zająć stanowisko w danej sprawie. Może wbrew Jego zamierzeniom spory z Nim były dla mnie źródłem inspiracji.
Żałuję, że to już nie będzie możliwe. I że nie dowie się, że jestem Mu wdzięczna za otwartość dyskusji, za cudowny, wzbogacający brak jednomyślności.
Zachowam sobie zdanie: "Rozwiązanie polega na tym, by stać się dla siebie kochającym Rodzicem". Bardzo do mnie przemówiło. |
|
|
|
 |
|
|
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum
|
Dodaj temat do Ulubionych Wersja do druku
|
|